Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 10
Czwartek 1 września 1938 roku był typowym dla późnego lata dniem z ciepłą i słoneczną aurą. Wielu osobom, za sprawą eskalacji napięcia politycznego w Europie, trudno przychodziło ze spokojem i nadzieją spoglądać w przyszłość. Hitler, ukontentowany niedawnym Anschlussem Austrii, pewnie zmierzał po kolejny cel. W swojej alpejskiej rezydencji w Berghofie, przyjął właśnie przywódcę separatystycznej Partii Niemców Sudeckich, Konrada Henleina. Rozmowy dotyczyły zaognienia konfliktu z rządem w Pradze, co miało posłużyć III Rzeszy jako pretekst do późniejszego rozbioru Czechosłowacji. Tzw. kryzys sudecki, który wydatnie przybliżył perspektywę wybuchu II wojny światowej był już na wyciągnięcie ręki.
Nie wszystkich, rzecz jasna, absorbowała bez reszty wielka polityka. Za Wielką Wodą stacja radiowa CBS przygotowywała się do emisji legendarnego słuchowiska „Wojna światów”, które miesiąc później wywoła powszechną panikę w kraju. Polscy kinomani żyli zapowiadanymi premierami. Lada dzień na ekranach kin miała się pojawić „Druga młodość” – głośny dramat obyczajowy z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim w roli głównej i zgoła inna charakterem głośna produkcja – „Paweł i Gaweł” z legendarnym duetem komików: Adolfem Dymszą oraz Eugeniuszem Bodo w rolach głównych.
Fani sportu, zwłaszcza piłki nożnej, mając w pamięci dobry występ narodowej reprezentacji na niedawnych Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej we Francji (cztery bramki Ernesta Wilimowskiego w przegranym 5:6 meczu z Brazylią!), odliczali już dni do rozpoczęcia ligowych rozgrywek. Emocje były gwarantowane. Futboliści Ruchu Hajduki Wielkie buńczucznie zapowiadali przecież obronę mistrzowskiego tytułu.
Tymczasem w Starachowicach swój kolejny rok szkolny w murach Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Józefa Piłsudskiego rozpoczynała Halina Dziubińska. Po lęku i niepewności, który towarzyszył jej rok temu nie było już śladu. Świeżo upieczona gimnazjalistka dobrze odnalazła się w szkolnej rzeczywistości, dlatego o jedynej w mieście szkole średniej typu ogólnokształcącego mówiła z dumą i przekonaniem: „moja szkoła”. Zjawiwszy się w czwartkowe dopołudnie na inauguracji roku szkolnego cieszyła się widokiem kolegów i koleżanek. Czuła, że jest gotowała była na nowe edukacyjne wyzwania.
Co przyniósł czternastoletniej wówczas Halinie nowy rok szkolny? Tak o tym opowiadała z perspektywy kilkudziesięciu lat.
„Rok szkolny 1938/39
Po wakacjach koleżanki i koledzy wrócili do szkoły wypoczęci, uśmiechnięci i z nowymi siłami do nauki. Nauczyciele w klasie II b pozostali ci sami.
Na lekcjach języka polskiego mieliśmy nowe lektury. Musieliśmy przeczytać m. in. „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, „Ludzi bezdomnych” i „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego. Pisaliśmy wypracowania na tematy z lektur. A w naszych wypowiedziach – pamiętam – prof. Felicja Cholewa zwracała uwagę na prawidłowe wysławianie się i właściwe akcentowanie wyrazów.
Naszą wychowawczynią była nadal prof. Maria Wlazłowska. Uczyła nas rysunku, a na pracach ręcznych nowej specjalności- metaloplastyki. Wykonywałyśmy m. in. bransoletki z miedzianej blachy, świeczniki, tacki, a nawet małe śmietniczki. Taki przedmiot każda z nas formowała i ozdabiała według własnej koncepcji.
Z lekcji łaciny zapamiętałam zabawne zdarzenie. Któregoś dnia prof. Jan Kajfasz wyrwał do odpowiedzi ucznia, który był słaby w nauce, a w dodatku się jąkał. Nie wiedział o co chodzi, więc siedzący za nim podpowiedział szeptem „Inter pedes puellarum…” (między nogami dziewcząt…). Pytany to wydukał. Więcej nie zdołał, bo nauczyciel zerwał się z krzesła i krzyknął wzburzony: „Coś ty powiedział?!”, a większość klasy gruchnęła śmiechem.
W klasie były uczennice i uczniowie, którzy mieli szczególne zamiłowania i uzdolnienia. Dostrzegając je, nasza wychowawczyni podpowiadała kierunek przyszłych studiów lub upewniała się, czy dokonaliśmy właściwego wyboru. I tak Bolek Papi i Zbyszek Sochacki interesowali się ornitologią: dużo czytali o ptakach i podpatrywali je, robiąc cykliczne obserwacje, których wyniki zapisywali. Podziwiał ich nawet prof. Stanisław Cholewa, mówiąc: „Życie ptaków znacie lepiej ode mnie”.
Krysia Drożdżówna i Halina Knedlerówna miały zdolności polonistyczne. Gertruda Nadolska i Renia Olszynówna ładnie rysowały – pani Maria doradzała im podjęcie po maturze studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Ja (Halina Dziubińska) miałam zdolności manualne, więc wychowawczyni uznała, że powinnam kształcić się w przyszłości w Szkole Sztuki Stosowanej.
Nie tylko nauka
W czasie karnawału urządzano młodzieży zabawy. Z braku miejsca (w baraku nie mieliśmy sali gimnastycznej) zabawy odbywały się w klasach, w których się uczyliśmy. Odstawialiśmy ławki pod ściany, a środek służył do tańca. Na patefonie nastawiano płyty z nagraniami muzyki tanecznej. Trójka profesorów czuwała nad nami. Ponieważ dziewcząt było mniej, bawiłyśmy się przez cały czas. Gorzej z chłopcami – część z nich „podpierała ściany”, niektórzy z wrodzonej nieśmiałości. Zabawę kończył skromny poczęstunek.
Nauczyciele organizowali nam też wycieczki krajoznawcze. Nasza klasa udała się pociągiem do Ćmielowa, by zwiedzić fabrykę porcelany. Jako opiekun pojechał z nami prof. Stanisław Cholewa – geograf. Były też wycieczki do Krakowa i Częstochowy. Niestety, ze względów finansowych, nie wszyscy mogli pojechać. Rodzice nasi płacili czesne i składki na nowo budujący się gmach gimnazjum.
Pochodziliśmy z różnych środowisk. Były wśród nas córki inżynierów, nauczycieli, urzędników, robotników i rolników. Dwie koleżanki mieszkały na wsi. Jedna z nich dojeżdżała rowerem z Jasieńca koło Iłży. Obie dobrze się uczyły. Wszystkie czułyśmy się jak jedna rodzina, nie tylko dlatego, że nosiłyśmy jednakowe mundurki i pończochy. Żadna się nie wywyższała. Tu się liczyła pracowitość i wyniki nauczania.
Wśród dziewcząt modne były pamiętniki, do których koleżanki i koledzy wpisywali różne sentencje, złote myśli czy życzenia: „abyś o mnie pamiętała”. Niektórzy ozdabiali wpisy rysunkami wykonywanymi ołówkiem, pastelami lub farbami. Bywało, że stanowiły one małe arcydziełka!
Byłyśmy wesołymi dziewczynami. Ponieważ lubiłyśmy śpiewać, a niektóre z nas potrafiły rymować, więc powstała humorystyczna piosenka, śpiewana na melodię: „Legiony to żołnierska nuta…”:
Nie wolno nam na randki chodzić,
Nie wolno nam spotykać się.
Nie wolno nam chłopców uwodzić,
Nie wolno nam całować się.
Ref.: My się nie boimy,
na randki chodzimy,
bo nasz profesor sam,
na randki chodzi tu i tam.
Piosenka powstała, gdy podpatrzyłyśmy, jak lekko szpakowaty prof. Henryk Zwierzycki spacerował ulicami z dużo młodszą panną Marią Wlazłowską.
W czerwcu 1939 r. koniec nauki. Dostałam promocję do trzeciej klasy. Pożegnanie z koleżankami: „Pa, pa!. Do zobaczenia po wakacjach 1 września!”.
Na zdjęciu: gimnazjaliści z klasy II b na wycieczce w Ćmielowie – rok szkolny 1938/1939