Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 11
1 września 1938 roku w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym w Starachowicach naukę pobierało łącznie 186 uczniów podzielonych na 5 zespołów klasowych. Zdecydowanie najliczniejsze były klasy pierwsze – 1a i 1b – liczące odpowiednio 49 i 48 uczniów. To właśnie w klasie 1b, którą poruczono wychowawczej pieczy Marii Wlazłowskiej, znaleźli swoje miejsce Halina Dziubińska, Bogdan Szczepanik i Zbigniew Czeszejko – Sochacki. Swoje szkolne lata w starachowickim gimnazjum powspominali już nieco Halina Dziubińska i Bogdan Szczepanik. Pora na gimnazjalne retrospekcje Zbigniewa Czeszejko – Sochackiego.
„Pod koniec sierpnia 1937 roku, po zdaniu egzaminu wstępnego, zostałem przyjęty do klasy pierwszej Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach.
Starachowic nikt w tych czasach nie nazywał miastem, ale tym, czym były w rzeczywistości – „Osadą Fabryczną”. Miasto to był Wierzbnik, o zupełnie innym profilu niż Starachowice – małe z dużą domieszką ludności żydowskiej. Miasteczko ze sporą ilością sklepów, z cotygodniowymi targami na rynku, opierające swój byt głównie na Starachowicach, które były miejscem pracy ludzi dość dobrze zarabiających, na stałych i „pewnych” posadach. Co prawda w Starachowicach Dolnych istniało parę sklepów i zakładów usługowych (np. fotograf, szewc), ale zakupy robiono głównie w Wierzbniku. Prawdopodobnie jedynym sklepem w Starachowicach Górnych, na tak zwanej Małej Kolonii Urzędniczej, był sklep „Społem”. Był tam też fryzjer, zbudowany w stylu zakopiańskim drewniany kościół i maleńki Urząd Pocztowy z licznymi skrzynkami na przesyłki dla mieszkańców, którzy je opłacili. I tu pewna uwaga. Poczta „przychodziła” dwa razy dziennie: o godzinie 700 i 1600 tak, że np. gazety z Warszawy docierały w tym samym dniu. Wiązało się to z faktem, że na maleńkiej stacyjce – baraku stawały wszystkie pociągi, w tym np. międzynarodowy Warszawa – Bukareszt. Było to wynikiem znaczenia ówczesnych zakładów produkujących m.in. kotły – piecyki „Reck”, stolarkę budowlaną, ba! nawet terpentynę. Wszystko niby po to, żeby nie ujawnić, że produkowały naprawdę wspaniałe jak na owe czasy działa armatnie, zwłaszcza licencyjne, przeciwlotnicze „Boforsy”.
Wszystko to napisałem, aby umożliwić lepsze zrozumienie klimatu, w jakim działało gimnazjum w owych czasach. I jeszcze jedno wyjaśnienie – do Starachowic z Warszawy przeprowadziliśmy się w lecie 1935 roku. Piątą i szóstą klasę ukończyłem na tak zwanych prywatnych kompletach Marii Śliwińskiej. W lipcu 1937 roku zdawałem egzamin wstępny do renomowanego Gimnazjum Górskiego w Warszawie. Wynikało to z dwu powodów: moja matka nalegała ciągle, aby powrócić do Warszawy, a poza tym „dobrze poinformowani” twierdzili – jest tu w Starachowicach od roku gimnazjum, ale bardzo słabiutkie z przypadkowym składem nauczycielskim. Egzamin do warszawskiej szkoły zdałem, ale na szczęście nie zostałem przyjęty. Tak oto trafiłem do tego „słabiutkiego gimnazjum”, które, jak wtedy mówiono, ma nosić imię marszałka Józefa Piłsudskiego, czego oczywiście późniejsza „władza ludowa” zdzierżyć nie mogła.
„Słabiutkie gimnazjum” mieściło się w dwóch równolegle ustawionych parterowych, murowanych barakach, rozdzielonych placem, mogącym w lecie spełniać rolę boiska szkolnego. Baraki odsunięte od ulicy (mającej zupełnie inny charakter jak prawdziwa ulica) przylegały z jednej strony do parcel zajmowanych przez Dyrekcję Zakładu, z drugiej do zabudowań fabrycznych Wydziału Armatniego i wreszcie do specjalnie wybudowanej na ten cel hali szkoły zawodowej. Do każdego z baraków prowadziły dwa wejścia. W baraku od strony ulicy przy jednym poprzecznym korytarzu mieściły się dwie sale lekcyjne, przegrodzone toaletą. Na korytarzu wisiały szaragi (wieszaki) na wierzchnie odzienie uczniów. Moja klasa usytuowana była od strony ulicy. Drugie wejście prowadziło do liczniejszych pomieszczeń: sali na zajęcia praktyczne, pracowni przyrodniczej, pokoju nauczycielskiego i gabinetu dyrekcji z sekretariatem.
W drugim budynku – mieściły się klasy starsze (w 1937 roku – druga i trzecia) i dosyć duże pomieszczenie na świetlicę, w której odbywały się różne zajęcia, jak np. wyświetlanie epidiaskopem przeźroczy, ćwiczenia gimnastyczne w zimie itp.
W sumie nie podzielaliśmy opinii pana kuratora z 1938 r. o fatalnych warunkach lokalowych. Oczywiście wiedzieliśmy o rozpoczęciu budowy nowego gimnazjalnego gmachu, ale za przenosinami do nowego locum nikt z nas specjalnie nie tęsknił.
Na zdjęciu: uczniowie klasy, do której uczęszczał autor wspomnień na wycieczce w Ćmielowie – 1938 rok.