Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 12
Z początkiem września 1937 roku próg Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego przekroczył Zbigniew Czeszejko – Sochacki. Z pochodzenia Warszawianin, mieszkający w mieście nad Kamienną raptem od kilkunastu miesięcy (pracę w świetnie prosperujących Zakładach Starachowickich znalazł jako inżynier jego tata). Obawy, artykułowane głównie przez mamę nastoletniego Zbyszka, że starachowickie gimnazjum to „słabiutka szkoła z przypadkowym składem nauczycielskim” rychło okazały się bezprzedmiotowe. Niedoszły uczeń renomowanego Gimnazjum Górskiego w Warszawie, pasjonat ornitologii i fotografii, znalazł w prosperującym ledwo od roku starachowickim gimnazjum dobry klimat do rozwijania swoich talentów i pasji. Tak oto wspominał po latach:
„Skład osobowy naszej klasy był mniej więcej wyrównany pod względem liczby dziewcząt i chłopców. Inaczej było w zakresie, który można nazwać „intelektualnym”, co wynikało głównie z podziału ówczesnych Starachowic. Według mojej pamięci nie wpływało to na stosunki koleżeńskie. O ile wiem, to ojców inżynierów w mojej klasie było tylko dwóch: mój i Bolka Papiego. Reszta to dzieci majstrów, urzędników, rolników i osób wykonujących wolne zawody.
Bardzo istotną cechą każdego z nas były wrodzone zdolności. Wśród dziewcząt wyróżniała się Krystyna Drożdżówna, a wśród chłopców chyba przede wszystkim Bolek Papi – późniejszy bohater narodowy (bez cudzysłowu).
Z Bolkiem poznaliśmy się na wspomnianych kompletach u pani Śliwińskiej, a związało nas wspólne zainteresowanie ornitologią. Przez ponad cztery lata prowadziliśmy zapiski w dzienniczkach, robiliśmy zdjęcia fotograficzne dziko żyjących ptaków i przede wszystkim prowadziliśmy Ochronę Ptaków – rozwieszaliśmy skrzynki doktora Sokołowskiego, zakładaliśmy karmniki. Działalność taka, związana z niemal codziennymi wędrówkami do lasu, powodowała, że nie interesował nas udział w harcerstwie, który chciał później dopisać mi jeden z ówczesnych działaczy harcerskich, „zobaczywszy” mnie na jednym ze zdjęć fotograficznych.
Oczywiście każdy z uczniów inaczej odbierał grono nauczycielskie. Ja osobiście najbardziej doceniam profesora Jana Kajfasza, byłego (podobno) oficera armii austro-węgierskiej, mimo że ciągle groziła mi z łaciny nota niedostateczna. Zgoła inaczej rzecz się miała z wykładaną również przez prof. Kajfasza historią starożytną, na której trzeba było prowadzić tzw. „preparacje” – zeszycik, w którym rysowało się różne szkice jak np.: szyk legionów rzymskich, wieżę oblężniczą etc. Prowadzenie takiego szkicownika było warunkiem koniecznym przystąpienia do odpowiedzi.
Najbardziej kontrowersyjną osobą był dla mnie profesor Wincenty Jasiewicz. Podobno przeżycia I wojny światowej wpłynęły na to, że robił wrażenie osoby niezrównoważonej. Miał on zapewne jak najlepsze chęci przekazywania swojej wiedzy – uczył wierszy „Wer Reiter zo spet durch Nacht und Wind”, śpiewu „Rösslein, Rösslein, rot…”, ale wychodziło mu to nie najlepiej. Po prostu mimo jego zaangażowania, nie powinien pracować z młodzieżą. Uczył w czasach okupacji w szkole zawodowej zapuściwszy (dla niepoznaki) potężną brodę.
Profesor Henryk Zwierzycki, matematyk, stosował często dość oryginalną metodę nauczania, np. dla zapamiętywania sposobu obliczania procentów, rysował na tablicy, a my w zeszytach „kapelusz na stole”. Takie to były metody nauczania – bez komputerów i internetu.
Wykładający geografię i przyrodę profesor Stanisław Cholewa zwracał szczególną uwagę na jakość prowadzonych zeszytów. Wklejaliśmy do nich, kolorując je odpowiednio, mapki omawianych obszarów. Tu trochę zabawna uwaga: na lekcji geografii prof. Cholewa, omawiając aspekt polityczny, narysował, a nam to pozostało w zeszytach, „ruch armii niemieckiej w ewentualnej przyszłej wojnie” – poprzez Holandię, Belgię na „zawiasie” Linii Maginota w głąb Francji. Niestety, generałowie francuscy nie byli uczniami naszego gimnazjum i nie przewidzieli tego ruchu, co pozwoliło im bezbłędnie przegrać tę wojnę. Profesor Cholewa dość szybko zorientował się, że w uczonych przez niego dziedzinach ma „poważnych konkurentów” – mnie i Bolka Papiego, tak, że przez cały rok mieliśmy zapewniony stopień bardzo dobry. Zresztą pomagaliśmy mu w dużym stopniu przy prowadzeniu pracowni przyrodniczej opiekując się np. sową błotną, czy przygotowując materiały do zajęć w klasie.
Trochę inaczej powodziło mi się na lekcjach języka polskiego, które prowadziła jego żona – profesor Felicja Cholewa. Dość często w zeszycie miałem adnotacje tej treści: tematycznie bardzo dobry, ortografia niedostatecznie, nota łączna dostateczny plus. Ortografia pozostała po dziś dzień moją piętą achillesową. Ratowała mnie wrodzona łatwość wymowy i nie najgorsza pamięć. Gimnastyka dla chłopców prowadzona przez profesora Władysława Szopskiego nie była dla mnie polem sukcesów, zwłaszcza kiedy doświadczyłem na sobie „uroków” nauki boksu. Za to na lekcjach rysunków byłem nie do pokonania.
Dzielący ze mną ornitologiczną pasję Bolek Papi lekko się jąkał, ale jego wygląd zewnętrzny (przystojny, obdarzony wysokim wzrostem) robił wrażenie na nauczycielach. Był zresztą starszy o dwa lub trzy lata od pozostałych uczniów, co był spowodowane przechodzoną przez niego gruźlicą.
Wśród dziewcząt wyróżniała się urodą i uzyskiwanymi wynikami Krystyna Drożdżówna, siedząca tuż przy katedrze w pierwszym rzędzie dziewcząt. Wpatrzony od samego początku w nią był siedzący w pierwszym rzędzie chłopców Rutkowski. Była to jedyna – o ile mi wiadomo – klasowa para, która wstąpiła w związek małżeński.
Przez pierwszy miesiąc, czy dwa w klasie egzystowali dwaj repetenci – Rzepecki i Sar, potem zniknęli. Odnośnie tego pierwszego, poeta klasowy Jerzy Indra ułożył nawet krótki wierszyk: „Pan Rzepecki człowiek znany i powszechnie szanowany”.
Po ukończeniu klasy pierwszej, co nie było wcale łatwe, część uczniów odpadła, a przybyli nowi repetenci. Takie to były koleje uczniowskiego losu.
Pewnym urozmaiceniem tygodnia (wolnych sobót wtedy nie było) była zbiórka i wymarsz na obowiązkową niedzielną mszę. Wtedy spotykano się z tym czy z tamtą. Uczniowie niemieszkający w Starachowicach musieli przynosić zaświadczenia od proboszcza ze swojej parafii. Byliśmy wychowywani w przeświadczeniu, że żyjemy w państwie silnym, stabilnym i że w wypadku wojny wynik może być tylko jeden – bezwarunkowe zwycięstwo.
Zresztą tak wtedy myślała duża część narodu. Nie przeczuwaliśmy, że się stać może to, co się stać miało. Dlatego zbliżający się wrzesień 1939 roku był oczekiwany niemal radośnie, zwłaszcza ze względu na przesunięcie rozpoczęcia zajęć szkolnych”.
Na zdjęciu: uczniowie klasy, do której uczęszczał autor wspomnień na wycieczce w Ćmielowie – 1938 rok.