Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 19
Z końcem sierpnia 1939 roku Halina Dziubińska i Zbigniew Sochacki cieszyli się ostatnimi dniami wakacji. Wyobrażali sobie, że 1 września na powrót usadowią się w szkolnych ławkach, by rozpocząć już trzeci rok swojej edukacyjnej przygody w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym w Starachowicach. Niemiecka agresja na Polskę spowodowała jednak, że dzień 1 września 1939 roku kojarzyć będą już zawsze nie z dźwiękiem szkolnego dzwonka, ale z przeraźliwym wyciem fabrycznych syren, które wieszczyły rychłe pojawienie się nad miastem samolotów Luftwaffe.
Tak wspominała pierwsze tygodnie wojny Halina Dziubińska:
„Wybuchła wojna! Zamiast iść z teczką do szkoły, uciekłam do okopów w pobliżu domu przy ul. Kolonii Robotniczej 5, gdzie mieszkaliśmy. Okopy wykonali uczniowie na zajęciach przysposobienia wojskowego jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego. Nad Starachowicami pojawiły się niemieckie samoloty. W jednej chwili zgasła nadzieja na naukę w nowym budynku szkolnym. W gruzach legły plany kontynuowania nauki na studiach wyższych.
Mój ojciec Jacek pracował w Zakładach Starachowickich jako tokarz- specjalista od luf armatnich. Po powrocie z pracy 1 września oznajmił, że zakłady będą ewakuowane do Kowla na Wołyniu. Z państwem Pawlukami (on – inżynier – był kierownikiem ojca) wynajęliśmy 7 września furmankę, która wiozła niezbędne rzeczy i żywność. Wszyscy, poza panią Pawlukową, jadącą na wozie z małym dzieckiem, szliśmy piechotą.
Furmanek było więcej. Mieliśmy jeszcze kawał drogi do Wisły, gdy dowiedzieliśmy się, że za rzeką są już wojska niemieckie. W Skaryszewie zatrzymali nas Niemcy, zabrali ze sobą mężczyzn, z wyjątkiem woźnicy, 16-letniego syna Pawluków. Zawróciliśmy. Do Starachowic dotarliśmy 11 lub 12 września. Nasi ojcowie wrócili miesiąc później, wypuszczeni przez okupantów. Nie doszło do ewakuacji zakładów zbrojeniowych – zajęli je Niemcy.
W połowie października 1939 roku dyrektor Stanisław Francuz otrzymał pozwolenie władz okupacyjnych na wznowienie nauki w gimnazjum. Do szkoły zapisało się nadspodziewanie dużo młodzieży. Z nauczycieli, którzy uczyli mnie do tej pory pozostali tylko Jan Kajfasz i Wincenty Jasiewicz. Nie wiem dlaczego inni nie podjęli pracy. Obawiali się represji, a może wyjechali?
Zajęcia mieliśmy początkowo w tym samym baraku, a później w dobrze mi znanym, drewnianym budynku po szkole powszechnej („komplety”) kierowanej przez panią Marię Śliwińską. Podręczniki do klasy trzeciej kupowałam od starszych kolegów, którzy zdali do czwartej, a część w księgarni już za marki niemieckie.
Nauka trwała prawie do końca stycznia 1940 roku. Wtedy pod szkołę podjechały samochody z żandarmerią. Wystraszonym dzieciom Niemcy kazali iść do domu, a profesorów wywieźli. Wkrótce okupanci zajęli budynek „kompletów” na koszary. Z kancelarii szkoły wyrzucili w śnieg i błoto dokumenty, a z biblioteki książki. W ogrodzie szkolnym parkowały ich samochody ciężarowe. Papiery i książki służyły do „wyrównania terenu”. Były zgniatane i niszczone kołami samochodowy Niewielką ich część udało się uratować pani Śliwińskiej i jej córce Irenie”.
Pierwsze tygodnie wojny pozostawiły trwały ślad w pamięci Zbigniewa Sochackiego – gimnazjalnego kolegi Haliny Dziubińskiej. Tak oto wspominał:
„Zbliżające się wydarzenia wojenne poprzedziło kopanie rowów nazywanych przeciwlotniczymi, oklejanie okien paskami papieru, żeby szyby nie wyleciały, ale także poważniejsze przygotowania. I tak np. na terenie, gdzie stał w stanie surowym budynek gimnazjum wybudowano parę drewnianych podestów z pochyłymi podjazdami, na które wciągnięto działa przeciwlotnicze. Załogę stanowili odpowiednio przeszkoleni starsi uczniowie szkoły zawodowej, a może i pracownicy zakładów. Dowodził nimi porucznik Sosnowski, późniejszy szwagier Bolka Papiego oraz inżynier Denk. Brak było centralnych przyrządów celowniczych i ten ostatni mówił, „że mierzymy na trzy palce przed samolotem”.
Jakby nie było, Niemcy czuli respekt przed tą zakładową artylerią i nad Starachowicami przelatywali na dużej wysokości. Zakładów broniło w sumie około osiemdziesiąt dział.
W ostatnim dniu pokoju byłem z Papim na filmie „Francja czuwa” – czego, niestety, nie potwierdziły późniejsze wydarzenia. Po filmie kopaliśmy jeszcze rowy przeciwlotnicze przy założonym specjalnie oświetleniu elektrycznym, pilnowani przez policjantów, którzy wcześniej sprawdzali, czy nie jesteśmy dywersantami. Zresztą w czasach pokoju policjant patrolował regularnie Kolonię Urzędniczą, a myślę, że inne części osiedla też.
Baraki gimnazjum zostały zajęte przez Niemców na kwatery dla polskich jeńców wojennych, którzy poczuli się, a może byli – Ukraińcami. Nie bardzo widać wiedziano, co z nimi zrobić, aby nie urazić ówczesnego sojusznika – Związek Radziecki: z nich rekrutowała się w końcu straż zakładowa.
Folklor uzupełniało zdezelowane działko przeciwlotnicze ustawione przy wejściu – na terenie dawnego gimnazjum, oczywiście wyposażenie zostało na pewno generalnie zdewastowane […].
W przypadku wojny przewidywano częściową ewakuację zakładu do Kowla na Wołyniu. Wysoce wykwalifikowany personel, wszyscy inżynierowie dostali karty mobilizacyjne dla wykonania tego zadania. Rzeczywistość i tu okazała się inna. Niemcy, dobrze poinformowani o tych zamiarach, przeprowadzili bardzo skuteczny atak bombowy samolotami maskującymi, co miałem „przyjemność” osobiście przeżyć będąc w tym czasie na terenie domniemanej „filii” zakładów. Tak czy inaczej do Starachowic wróciliśmy dopiero pod koniec października 1939 roku. Zdążyłem jeszcze na wznowione, ale okrojone zajęcia w klasie trzeciej, które od początku odbywały się w baraku zajmowanym dotąd przez komplety pani Śliwińskiej. Zajęcia prowadzone przez mocno okrojone grono nauczycielskie (brakowało m.in. profesorów Zwierzyckiego i Cholewy) odbywały się na trzy zmiany. Pod koniec stycznia 1940 roku, pod pretekstem sankcji za wykonanie wyroku na wysługującego się Niemcom inżyniera Hajdukiewicza, szkołę zamknięto”.
Na zdjęciu: rynek w Wierzbniku w 1941 roku.