Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 7
Dnia 1 września 1936 roku zainaugurowało swoją działalność Prywatne Gimnazjum Koedukacyjne w Starachowicach – pierwsza w mieście szkoła średnia typu ogólnokształcącego. Równo rok później jej próg przekroczył Bogdan Szczepanik. Przejęty, trochę onieśmielony, pełen wiary w realizację swoich edukacyjnych planów. Z perspektywy kilkudziesięciu lat, wrócił do wspomnień ze swoich gimnazjalnych czasów. Tak oto pisał:
OKRES PRZYGOTOWAŃ DO NAUKI W GIMNAZJUM
Przygotowania do rozpoczęcia nauki w gimnazjum trwały dwa miesiące. Było to wielkie wydarzenie w naszej rodzinie. Szczególnie mocno przeżywała je moja mama i oczywiście ja. Ale najwięcej pracy w związku z tym miał mój ojciec, jak zwykle porywczy, stanowczy, ambitny i decydujący o wszystkim. To ojciec zdecydował o moim gimnazjalnym ubiorze i wyposażeniu szkolnym.
Jego trochę przesadna ambicja spowodowała, że zamiast gotowego, kupionego w sklepie w Ostrowcu garnituru szkolnego, miałem uszyty na miarę przez krawca. Zabrał mnie ze sobą do Wierzbnika, gdzie kupił dobry wełniany materiał w dużym sklepie u Winogradowa – sam się w nim zaopatrywał i nosił garnitury zawsze szyte u krawca – twierdząc, że mało zarabiającego człowieka nie stać na kupno byle jakiego ubrania, gdyż podwójnie na tym traci: na wyglądzie oraz na tym, że częściej je musi kupować. Tak więc garnitur szkolny, składający się z dwóch par spodni -jedne długie do kostek, drugie tzw. „pumpy”, uszył dla mnie krawiec. Do tego dochodziły granatowe długie skarpety, buty od „Baty” oraz przepisowa okrągła czapka i płaszcz z obowiązującymi niebieskimi wstawkami.
O koszulę – białą i niebieską oraz krawat jednolicie granatowy i drugi w białe kropki – zadbała mama.
Gdy ten cały ekwipunek uczniowski założyłem na siebie, ujrzałem zadowolenie w oczach rodziców i pewną zazdrość w oczach starszego i młodszego brata.
Gdy w dniu rozpoczęcia nauki wychodziłem z domu, aby jechać z ojcem do Starachowic do gimnazjum, w oczu mojej mamy pojawiły się łzy, a bracia ze smutkiem na mnie patrzyli. Czułem się dziwnie, ale jednocześnie byłem zadowolony. Ojciec, obok którego szedłem do przystanku kolejowego, tylko wąsy podkręcał, gdy Żydzi, sąsiedzi i znajomi ojca mówili – dzień dobry.
Dla mnie osobiście był to rzeczywiście dobry dzień, bo był pierwszym krokiem, który w dużej mierze zadecydował o tym, jak ułożyło się później moje życie.
KADRA NAUCZYCIELSKA GIMNAZJUM
Dyrektor -S. Francuz, łacina – dr J. Kajfasz, opiekun klasy, j. polski – F. Cholewina, biologia — jej mąż S. Cholewa, niemiecki – W. Jasiewicz, matematyka – H. Zwierzycki, geografia – S. Cholewa, historia – S. Francuz, ćwiczenia cielesne -Wł. Szopski, zajęcia praktyczne – M. Wlazłowska, religia Wł. Zdąbłosz.
Każde nazwisko przywołuje w pamięci inny typ człowieka, jego osobowość, ubiór, wygląd, zapatrywania itp.
I tak np. – dyrektor S. Francuz to człowiek średniego wzrostu, łysy, tęgi, prawie zawsze ubrany na czarno, w białej koszuli ozdobionej czarną muszką. Czasami nosił białą kamizelkę. Przypominał wówczas kamizelkę pingwina i tak też niektórzy uczniowie go nazywali.
Profesor dr Wincenty Jasiewicz, uczył języka niemieckiego. Dla mnie osobiście był to „prawdziwy” profesor, którego lubiłem. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, z twarzą czerstwą, łysiną. Ubrany typowo, jak przystało na profesora – duża teczka, tużurek na dwa rzędy guzików oraz „galowy strój” na okolicznościowe i państwowe święta. Taki typowy – trochę staroświecki z zasadami – lubiany pan profesor. Wiem o tym, że brał udział w powstaniu wielkopolskim na przełomie lat 1918-1919. Na marginesie uważam za stosowne poinformować, że niektórzy koledzy i ich rodzice mieli inną opinię o prof. W. Jasiewiczu. Uważali go za niezrównoważonego, domagali się odsunięcia go od pracy z młodzieżą z uwagi na „uraz”, jaki wyniósł z powstania wielkopolskiego. Zapamiętałem go stojącego przy dorożce i karmiącego konia skórkami chleba, które wyciągał z teczki.
Profesor uczący łaciny – Kajfasz, w okularach, to człowiek stronniczy, tendencyjny.
Profesorka ucząca języka polskiego, to typowy „belfer” w okularach. Nie cieszyła się moją sympatią. Profesor uczący biologii, mąż polonistki, wysoki, nijaki, zgryźliwy.
Profesor uczący matematyki, nowoczesny, lubiany, jeden, który nie chodził ubrany na czarno, nosił jasne garnitury i spodnie „pumpy” za kolana, mówiono o nim „poznaniak”.
O innych nie warto pisać, bo niczym się nie wyróżniali. Ogólnie rzecz biorąc, byli wśród nich profesorowie lubiani i nielubiani, tacy, którzy uczyli dobrze i tacy, którzy gorzej.
Na zdjęciu: zbiórka gimnazjalistów na niedzielną mszę (1938 rok). Pierwszy po prawej autor wspomnień Bogdan Szczepanik. Obok Bolesław Papi – kolega ze szkolnej ławki.