Jubileusz 90-lecia – Cykl Wspomnień cz. 8
Gimnazjalnych reminiscencji ciąg dalszy. Wspomina Bogdan Szczepanik – od roku 1937 uczeń Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach.
LEKCJA JĘZY KA NIEMIECKIEGO
Już po dzwonku na lekcję. Wszyscy w klasie, jest cicho i spokojnie. Czekamy na profesora Jasiewicza, który miał zwyczaj przychodzić trochę później. Wreszcie wchodzi, wszyscy wstajemy. Ubrany, jak zwykle. „Guten Tag Herren und Damen”. Odpowiadamy: „Guten Tag Herr Professor”. Idąc dalej do katedry mówi: „Bitte setzen się”. Wszyscy siadamy. To był stały rytuał. Wszedł na podium i spojrzał na salę. Wszyscy trzymaliśmy ręce na stolikach. Tak trzeba było zawsze postępować, kiedy spoglądał na salę. Trzymaną w ręce walizkę postawił na pierwszym stoliku, przy którym siedzieli koledzy. Wiedzieliśmy, co to znaczy. Był to patefon. Będziemy słuchali opowiadanych po niemiecku bajek dla dzieci. „Kinder‑und Hausmärchen”. To dobrze. Będziemy również słuchać wierszy i piosenek. Kolega obsługiwał patefon i zmieniał płyty. Myśmy słuchali. Profesor Jasiewicz w tym czasie przeglądał jakieś papiery wyciągnięte z teczki. Od czasu do czasu mówił „hören Sie” – słuchajcie. Czasem tak mocno był zajęty przeglądaniem tych papierów, że dopiero dźwięk dzwonka ogłaszającego przerwę przywoływał go do rzeczywistości. Wtedy zaczynał wykład, albo przepytywał z zadanej poprzednio lekcji. Bywało tak, że dyrektor Francuz otwierał drzwi i mówił „panie profesorze Jasiewicz, już przerwa, trzeba kończyć”.
Był to typowy profesor posiadający swoje zalety, ale też trochę dziwaczne, nieszkodliwe wady, które się pamiętało, a niekiedy były one wskazówkami dla dalszego postępowania w późniejszym życiu. Zapamiętałem taki oto moment. Wywołał mnie kiedyś do odpowiedzi i zadał po niemiecku pytanie. Odpowiedziałem: „panie profesorze, nie wiem”. Sądziłem, że dostane dwójkę, ale jej nie zanotował w dzienniku. Powiedział natomiast co następuje: „dobrze, że nie wiesz, bo są tacy, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą”. Byłem zdziwiony, ale po przemyśleniu tej wypowiedzi, doszedłem do wniosku, że tkwi w tym powiedzeniu głęboka myśl. Ileż bowiem jest wokół nas ludzi, którzy nie wiedzą, albo nie zdają sobie sprawy, że są nieświadomi tego, ze źle postępują, bo nie wiedzą, że źle robią.
Lubił młodzież i pracę z nią. Po lekcjach uczył nas śpiewania pieśni patriotycznych. Sam ułożył słowa i melodię pieśni na okoliczność imienin dyrektora. Sam ją zaśpiewał i nas uczył śpiewać. Miała być ona wykonana przez wszystkich uczniów na dziedzińcu w dniu imienin dyrektora. Był reżyserem tej uroczystości. Wszystkie klasy miały utworzyć szpaler, a w momencie, kiedy w nim ukaże się dyrektor, na dany przez profesora Jasiewicza znak, trzeba było zacząć śpiewać wyuczoną pieśń. Jej słowa brzmiały:
Niech żyje nam, niech żyje nam, niech żyje nam!
Niech żyje nam, niech żyje nam, wiwat, niech żyje nam!
Wiwat, niech żyje nam.
Niech żyje nam dla ojczyzny i dla chwały, niechaj żyje nam!
Kiedy śpiewanie wychodziło nam anemicznie, denerwował się i mówił, że trzeba ją śpiewać tak głośno, żeby się mury trzęsły. Kiedy sam ją zaśpiewał głośno, to trzeba było uznać, że miał rzeczywiście potężny głos. Nadszedł wreszcie dzień imienin dyrektora. Wszystko przebiegało według ustalonego wcześniej scenariusza. Wypadło dobrze, prof. Jasiewicz był zadowolony. My też.
Na zdjęciu: uczniowie i grono profesorskie Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach na wycieczce w Częstochowie (rok szkolny 1938/1939).
